FAQ

NA TEJ STRONIE SĄ NAJCZĘŚCIEJ POWTARZAJĄCE SIĘ PYTANIA W MAILACH OD CZYTELNIKÓW – I ODPOWIEDZI NA NIE. SZCZERE :-)

Uprzedzam, że niektóre pytania i odpowiedzi mogą zdradzić treść lub zakończenie książek, których dotyczą, tym samym psując przyjemność z czytania. Sugerowałbym więc najpierw przeczytać książkę, a potem wrócić na tę stronę.

Mail od pani Małgorzaty Drzewieckiej (nie pytanie, ale nie mogłem się powstrzymać :-)

„Witam panie Marcinie. Przeczytałam „Singapur czwarta rano”. Mimo, że jestem outsiderem w sprawach muzykowania, Pana książka przeniosła mnie w upał, pasję grania i wspaniałe klimaty przyjaźni i szacunku dla przestrzeni prywatnej. Chyba, mimo 60 lat, mam jeszcze prawo wczuwania się w przeżycia Pana i pańskich orientalnych przyjaciół, w każdym razie wpadłam z uszami. Bardzo mi się podobało. szukam dalej pana prozy. Pozdrawiam. Małgorzata”

Q. Czy będzie druga część „Zagubionych w Tokio”?

Wyznam bez bicia, że jestem zawziętym wrogiem wszelkich sequeli i innych porażek ludzkiej kreatywności w rodzaju Rocky XXV i Szczęki XLIII :-) Póki więc pomysłów nie braknie, wolę w każdej książce zaorać nowe grunty, zamiast dziabania motyką po starych. Co nie znaczy, że w jednym przypadku „część druga” nie powstanie, bo powstać musi. A to dlatego, że pewna moja książka kończy się obietnicą dalszego ciągu. W ostatnim zdaniu dokładnie :-)

Q. Czy na wszystkie maile odpowiadasz ze stoickim spokojem? Nie ponosi cię czasem?

Baaardzo rzadko. Nie dlatego, że jestem taki zimnokrwisty, tylko albo mam wyjątkowo miłych czytelników, albo chamy i wkurzacze tego świata nie czytają książek (ewentualnie czytają, ale nie piszą do autora). Niemniej parę razy mail od czytelnika naprawdę wyprowadził mnie z równowagi swoim ewidentnym rasizmem czy inną formą braku tolerancji wobec jakiejkolwiek grupy ludzi. Ja toleruję wszystko, z wyjątkiem braku tolerancji.

Q. Co się stało z Martinem z „Radia Yokohama”?

Radio Yokohama, jako jedyna z moich książek, ma swoją własną stronę: www.radioyokohama.net i własną sekcję pytań od czytelników (trzeba wejść na „Martin mówi”, tam jest link do FAQ’ów). Czy to jest wymigiwanie się od odpowiedzi? Ależ skąd!!! No, może troszczeczkę :-)

Q. „Radio Yokohama” ma odrębną stronę www – czy powstanie też strona „Bezsenności w Tokio”?

Tak, jeśli ktoś wymyśli pigułkę eliminującą potrzebę snu. Ponoć jest już w opracowywaniu przez NASA.

Jedynym powodem, dla którego „Radio Yokohama” ma odrębną stronę www jest jej sz. Webmasterka, Monika Borek, która tę stronę wymyśliła, a teraz nią administruje i zapełnia treścią. Nie wiem, jak ona to wciska w swój harmonogram. Od dawna podejrzewam, że Monika ma jakieś tajne źródło w/w pigułki, ale jak dotąd nie chce się przyznać. Może Wam się przyzna: napiszcie do niej z w/w strony.

A tak poważnie – planuję napisać w sumie 10 książek (a potem się zobaczy). Administrowanie dziesięcioma witrynami niestety byłoby logistycznym koszmarem… Dlatego zawsze będzie tylko jedna strona www, a „Radio Yokohama” jest tylko miłym wyjątkiem, który zawdzięczamy tandemowi autorskiemu z Moniką przy tej właśnie książce.

Q. Jak najtaniej dostać się z Warszawy do Tokio?

Piechotą :-)

Dostaję całkiem sporo maili z pytaniami wskazującymi na to, że niektórzy czytelnicy traktują mnie jako biuro podróży albo serwis informacyjny dla turystów… :-) Wszystkim tym osobom chciałbym delikatnie uświadomić, że nie jestem i nigdy nie byłem żadnym podróżnikiem, bo jestem na to dużo zbyt leniwy. Np. w Japonii mieszkałem przez 10 lat i nie pofatygowałem się, żeby odwiedzić chociaż jeden z okolicznych krajów, Koreę czy Taiwan. Rasowy podróżnik tak nie działa.

Uprzedzam więc, że nie mam pojęcia, ile co kosztuje w Japonii, jak tam dojechać i gdzie spać. Chociażby dlatego, że ostatni raz byłem w kraju wschodzącego gajdzina 10 lat temu i wcale mnie nie ciągnie, żeby pojechać tam znowu… Świat jest duży, a Japonia bynajmniej nie jest jedynym ciekawym miejscem – wolałbym więc pojechać do kraju, którego NIE znam.

Dlatego wszystkich amatorów podróży odsyłam do mojego starego przyjaciela, który pomoże im daleko lepiej ode mnie, a imię jego jest Google :-)

Q. Czy na maile od czytelników odpowiada pan osobiście, czy robi to inteligentny automat?

Straszliwa prawda jest taka: na maile odpowiadam ja sam, a nie wysoce inteligentny program komputerowy. Jeśli ktoś chce ten fakt udowodnić, wystarczy spróbować mnie zirytować. Komputery się nie wkurzają.

Q. Wysłałem zaproszenie na Facebook/Nasza-klasa/jeszcze-inne-forum. Zaakceptujesz?

Nie, ale nie z braku sympatii i chęci nawiązania kontaktu. Spróbuję wyjaśnić.

Rok temu założyłem konto w Nasza-Klasa. Na początku było ciekawie, ale po paru miesiącach zaczęło być kłopotliwie. Otóż otrzymywałem średnio 10 zaproszeń dziennie od osób, których zupełnie nie kojarzyłem. I nie wiedziałem, co robić… Odrzucać? Mogę kogoś zranić, autentycznie sympatycznego człowieka, może nawet znajomego z dzieciństwa, którego nazwiska po prostu nie pamiętam… Zaakceptować, i po jakimś czasie próbować ogarnąć pół tysiąca „znajomych” w Naszej Klasie…?

W rezultacie zamknąłem konto i wprowadziłem zasadę nie akceptowania żadnych zaproszeń na żadne fora. Trudno. Demokracja musi być – albo przyjmuję zaproszenia od wszystkich, albo od nikogo.

Zamiast tego ciągle i zawsze jestem dostępny przez email. To i tak duże wyzwanie, biorąc pod uwagę, że dostaję ponad 100 maili dziennie. To niby nie jest tak dużo, ale wyobraźcie sobie, co się dzieje, kiedy przez kilka dni jestem na wyjeździe i nie odpisuję… Zbierają się wtedy dosłownie setki maili w skrzynce. Więc jakbym jeszcze do tego dorzucił udział w forach internetowych, to musiałbym oduczyć się spać. Albo, co gorsza, pisać :-)

Q. Czy następna książka będzie się działa w Japonii?

Nie wiem, ale na pewno nie wszystkie będą się tam działy. Jedynym powodem, dla którego umieściłem w tym sympatycznym kraju akcję 75% moich książek jest fakt, że spędziłem tam połowę swojego dorosłego życia, i to tę najweselszą… Pozostała masa świetnych wspomnień. Ale świat nie kończy się na Japonii. A ja nie jestem japonistą ani nawet amatorem-japanofilem. Po prostu łatwiej mi umieszczać akcję w miejscach, gdzie ciągle coś się dzieje, i które ZNAM osobiście, a więc nie muszę improwizować (improwizować umiem na perkusji, ale nie na papierze, przepraszam, ekranie Worda).

Co nie znaczy, że poza Japonią nic ciekawego się nie dzieje, ani że to jedyne znane mi miejsce na Ziemi, więc najwyższa pora odbić od wybrzeży Wysp i odwiedzić… Jeszcze nie wiem co. Jak wymyślę, to się z sz. Czytelnikami podzielę. Howgh.

Q. Czy może mi pan przetłumaczyć tekst piosenki japońskiej (w załączniku)?

Odpowiedź brzmi: „strasznie mi przykro, ale nie”. Z tej prostej przyczyny, że dostaję dużo takich próśb o tłumaczenia, w obie strony zresztą (włącznie z prośbami o „honor samuraja” znakami, które ktoś chce sobie wytatuować na lewej łopatce). Nie jestem w stanie ich wszystkich spełniać, a że demokracja musi być, to albo wszystkim, albo nikomu…

Zamiast tego polecam usługi rozlicznych firm tym się zajmujących – wystarczy wpisać w Google’a „tłumaczenia japoński”. Tym bardziej, że każdy student japonistyki zrobi takie tłumaczenie w pięć minut, a dla mnie byłoby to tkwienie przez pół godziny z nosem w słowniku – mój japoński jest rodem z pubów a nie sal wykładowych, zaś po dziesięciu latach zardzewiał dramatycznie i teraz muszę rozpaczliwie próbować przypomnieć sobie, jak powiedzieć: „tylko bez wasabi, poproszę”, co przecież kiedyś było dla mnie warunkiem przetrwania.

Q. Na ile historie opisywane w pana książkach są prawdziwe?

Klucz do moich książek jest prosty: wszystkie opisane w nich historie KOMUŚ się przydarzyły, chociaż w wielu wypadkach nie mnie – często moim znajomym. Nie zawsze też przydarzyły się w tym samym czasie i w tej kolejności, w jakiej je opisuję. Najbardziej chyba autobiograficzną i opartą na faktach książką jest „Bezsenność w Tokio”. Pozostałe są oparte częściowo na moich doświadczeniach (szczególnie „Singapur, czwarta rano” i „Radio Yokohama”) a częściowo na przygodach moich przyjaciół i znajomych (szczególnie „Zagubieni w Tokio”). Czyli wszystkie wzięte są z w jakimś stopniu z życia, bo wyznam szczerze (tylko proszę nikomu nie mówić): mam fatalną wyobraźnię. Gdybym miał lepszą, pisałbym Science Fiction. Naprawdę – SF jest moim ulubionym gatunkiem literackim.

Q. Czy Sean naprawdę istnieje i czy ma pan z nim kontakt?

To pytanie wiąże się z poprzednim – szerzej biorąc, jest to zapytanie o prawdziwość postaci w moich książkach. I znowu prawda okazuje się prosta jak życiorys Zenka: wszyscy moi bohaterowie oparci są o postaci rzeczywiste, aczkolwiek w większości są to postaci kompozytowe, czyli niejako zlepek kilku osób żywych.

Ale tylko oparci. Bo nawet gdybym wiernie opisał swojego znajomego i nadał mu nawet w książce to samo imię i nazwisko, co w naturze, to po przelaniu go na strony powieści natychmiast zacząłby żyć własnym życiem. Postaci literackie tak już mają. Uwielbiają sprawiać swojemu twórcy nieprzyjemne siurpryzy, o których ten w ogóle by ich nie podejrzewał. Czasami mam ochotę włosy sobie wydzierać, takie mi numery wykręcają.

Nb. typową postacią kompozytową jest Paweł, bohater „Singapur, czwarta rano” – mojej ulubionej ze wszystkich czterech książek. Paweł składa się z trzech osób, z których jedną jestem zresztą ja. Bo ja też mieszkałem pięć lat w Singapurze, pracując za dnia w firmie Honeywell, a wieczorami grając w knajpach na perkusji z kolejnymi zespołami. Ale zasadniczo na tym mój wkład w postać Pawła się kończy. No, OK – jedna jego przygoda, ta z Dr KimBauer’em, zdarzyła się w rzeczywistości niżej podpisanemu i dość komiczne tego rezultaty w postaci reklamy z telewizji taiwańskiej pokazuję czasem na spotkaniach autorskich.

Wracając do Seana – nie, Sean jako taki nie istnieje, bo to postać literacka. Ale oparta na konkretnej osobie i akurat w tym przypadku zupełnie nie kompozytowa. Pierwowzorem Seana jest mój przyjaciel, Irlandczyk, do dziś mieszkający w Tokio, mający się dobrze i prowadzący własną szkołę angielskiego. Uczy nawet studentki w Korei – przez videokonferencje internetowe! Jego portret sprzed kilkunastu lat można zobaczyć w „Bezsenności w Tokio”, str. 14. Od czasu do czasu dzwoni do mnie za pomocą Skype’a i pyta, wielce podejrzliwie, co to ja tam o nim wypisuję w moich książkach…

Q. Co się stało z Jamesem z „Zagubionych w Tokio”?

Kochani Moi. Gdybym chciał napisać w ostatniej scenie „Zagubionych w Tokio”, co się stało z Jamesem, to bym napisał. :-) Jak mailowałem ostatnio paru czytelnikom: nic by nie było prostszego, niż skreślenie wielkiej Sceny Końcowej, kiedy to wszyscy padają sobie w ramiona, po czym Michał odjeżdża w Zachodzące Słońce (najlepiej z Mairi przewieszoną przez siodło).

A tak poważnie: sensem tej książki jest poszukiwanie. Poszukiwanie kogoś, ale też poszukiwanie SIEBIE. Czyli droga życiowa Michała, człowieka mocno niedopasowanego do otaczającej go rzeczywistości. Trochę w niej… zagubionego.

Ale tak to już bywa, że kiedy czegoś intensywnie w życiu szukamy, to właśnie proces szukania, a nie znalezienie, staje się celem samym w sobie. I kiedy wreszcie znajdziemy, nagle znika siła napędowa i w życiu pojawia się pustka. Taka, jak puste niebo nad Tokio, z jedną tylko gwiazdką… (Dla zainteresowanych astronomią, ową gwiazdką był Arktur).

Dlatego to, co stało się z Jamesem schodzi w tym momencie na drugi plan. Albo i trzeci. Co nie znaczy, że kiedyś nie pociągnę wątku… Tylko że teraz będę musiał skonsultować go z moim przyjacielem, Japończykiem, na którym została oparta postać Jamesa. Co niejako odpowiada na bombardujące mnie pytania, czy James jest cały i zdrowy.

Q. Którą ze swoich książek lubi pan najbardziej?

„Singapur, czwarta rano.”

Q. Dlaczego? (Pyta Monika Borek, sz. Współautorka „Radia Yokohama”)

Bo to jest książka o rzeczach ważnych, a przynajmniej dla mnie ważnych. O samotności, poszukiwaniu siebie, życiowym upadku i podniesieniu się – dzięki muzyce. Właśnie przede wszystkim właśnie o muzyce jako wielkiej sile, czasem destruktywnej, ale czasem też uzdrawiającej. No i o mrówkach, czyli o tym, co to znaczy być człowiekiem.

Q. Co to są Przedłużacze i czy ja też mogę przyjść?

Spotkania autorskie odbywają się zazwyczaj w Empikach i składają z półgodzinnego pokazu zdjęć z Różnych Ciekawych Miejsc, sesji pytań do autora oraz podpisywania egzemplarzy książek. Potem następuje zbiorowy wymarsz właśnie na Przedłużacz, czyli daleko bardziej nieformalne spotkanie w pobliskim pubie. Jest to znakomita okazja, aby:

1. Postawić autorowi kufel soku z chmielu
2. Zapytać go o wszystko i na dowolny temat (nie ma pytań niedozwolonych :-)
3. Zrobić mu kilka kompromitujących zdjęć
4. Postawić mu jeszcze jeden kufel w/w soku
5. Zrobić sobie masaż stóp (tak, na Przedłużaczach zwykle robię chętnym masaż wg. japońskiej szkoły Soutai, którą miałem kiedyś zaszczyt ukończyć, w innym wieku i innej galaktyce)
Najlepsze przedłużacze kończą się o wczesnych godzinach rannych – rekordem była Łódź w roku 2006, kiedy to balowaliśmy do 4:00 rano. Oczywiście WSZYSCY uczestnicy spotkania autorskiego są mile widziani na Przedłużaczu.

Zapraszam!

Q. O czym będzie następna książka?

Też chciałbym wiedzieć, i jeśli sz. Czytelnik ma jakiś pomysł, bardzo chciałbym usłyszeć. Problem polega nie tyle na braku pomysłów, co na ich nadmiarze – mam w tej chwili wstępnie zaplanowane sześć książek i nie wiem, od której zacząć. Zanim się wziąłem za „Radio Yokohama”, przymierzałem się do „Urojenia”. Niestety, to bardzo trudna książka i nie wiem, czy do niej jeszcze dojrzałem. Poza tym pisanie powieści na dwa głosy było tak świetną zabawą, że trochę nie widzi mi się powrót do samotności pisania jednogłosowego… Ale z drugiej strony chciałbym, żeby moja Współautorka (Monika Borek) stanęła na własne nogi i następną książkę spłodziła już bez mojego przeszkadzania.

Inne pomysły to:

„Przedłużacz”, czyli o tym, jak się zostaje pisarzem i co z tego wynika
Książka o seksie (chyba wydam pod pseudonimem, jeszcze Mama przeczyta…)
„Ja strasznie Pana przepraszam”, czyli powieść z życia glazurnika
Trzecia część przygód Kubusia Puchatka
Książka o tym, jak się wraca do kraju po 15 latach nieobecności
Druga część „Singapur, czwarta rano” (to też może być kooperacja autorska, jak „Radio Yokohama”)
„Urojenie”, czyli o Roju Pszczół i poszukiwaniu swojego poprzedniego wcielenia
„Wydoić klienta”, czyli pamiętnik konsultanta
„Alina on the rocks”, czyli powieść o wielkiej miłości (ale to by wymagało pozwolenia pewnej osoby, co może potrwać dobre kilkadziesiąt lat)
„Gajdzin – 10 years after” (ale to będzie wymagało dłuższej podróży do Japonii – może się w końcu zmoblizuję :-)

Ja wspominałem, wszelkie inne pomysły mile widziane. Książka na zamówienie (czytelników) też byłaby ciekawym pomysłem…