| 2009-10-03 |
Zapiski w biegu2009.10.03 Dawno już nie było zapisków w biegu. Może dlatego, że od czasu przygody z rakiem tarczycy moje życie jakoś dziwnie spowolniało. Zapiski w marszu? A nawet w pełzie. Ale nie jest źle. Ostatnio poświęciłem dużo czasu na pracę nad skarbem wykopanym w piwnicy mojego brata Pawła - zestaw hi-fi firmy Sanyo, który przywiozłem z pierwszej w życiu wyprawy do Anglii, w roku 1982. Po kilku wieczorach spędzonych z lutownicą w ręku i okiem w oscyloskopie (dzięki dla Roberta za wypożyczenie tegoż) system zaczął grać jak nowy. Taśmy nagrane na pierwszym roku studiów cieszą bardziej niż cała kolekcja płyt CD zebrana od tego czasu :-)
2009.06.29 Wolność!!! Wypuścili mnie wcześniej za dobre zachowanie. Tak naprawdę za dobre to ono nie było, bo jeszcze przed łyknięciem jodu radioaktywnego zbadałem pokrycie mojego pokoju przez wiszącą pod sufitem kamerę, po czym nieznacznie ją przestawiłem, tak, żeby nie było widać okna. A kiedy zatrzasnęły się już za mną ciężkie, ołowiane drzwi, dokonałem Ucieczki z Alkatraz (przez w/w okno). Na pięć minut tylko, do ogrodu, bo izolatka była na parterze, ale jaka satysfakcja! Nie ma jak lekko oszukać system celem poprawienia sobie nastroju.
2009.06.08 Dnia 15 czerwca znikam na tydzień ze świata żywych - dostanę wtedy końską dawkę jodu radioaktywnego i zostanę zamknięty pod kluczem (zapewne w celi ze ścianami wyłożonymi ołowiem) w Centrum Onkologii w W-wie. Będą nawet podawali jedzenie na tacy pod drzwiami, jak w Alcatraz. Przygotowałem już pilnik do zapieczenia w cieście drożdżowym. Mam również zamiar przemycić tam laptopa (jeszcze nie wiem, w jakim cieście) i nadrobić wszystkie zaległości mailowe.
2009.05.30 Promocja Radia Yokohama zakończona już parę miesięcy temu, ale nie moje spotkania autorskie, bo czytelnicy są po to, żeby się z nimi spotykać, przynajmniej z mojego punktu widzenia. I wczoraj właśnie miałem jedno z najlepszych spotkań autorskich - ever. We Wrocławiu, które to miasto neglektowałem (jest chyba takie słowo?) przez trzy lata. Zaczęło się od podpisywania w Empiku (Rynek), który zorganizował wszystko na medal, a czytelników przyszła kolejka na pełną godzinę stania. Arcymiłe, chociaż trochę dla mnie ambarasujące - jako dziecko PRLu rozumiem kolejki za mięsem albo papierem toaletowym, ale za Gajdzinem? Ratunku. W każdym razie podpisywałem nieco ponad godzinę, po czym bieg do Biblioteki, gdzie przemiłe panie zorganizowały wszystko nawet na 10 medali. Przyszło ponad 70 osób i nie wszystkie mogły usiąść, za co przepraszam. Natomiast takiej liczby tak ciekawych pytań to jeszcze nie miałem. I jeszcze mi wszyscy potem dziękowali, chociaż nie wiem za co, bo ani nie robiłem pokazów, konkursów, ani inscenizacji teatralnych. Nawet nie grałem na perkusji! Acha, może właśnie dlatego.
I na koniec Przedłużacz, którego jedyną wadą był krótki czas, bo o 21:00 skończyły mi się siły witalne, nadwyrężone ostatnio przez panów w białych fartuchach. Przepraszam więc tych, którzy nie zdążyli się do mnie przysiąść i pogadać. Obiecuję następnym razem przybyć do Was w nieco lepszej formie. Niemniej nikt nie wyglądał na obrażonego - pełni wyrozumiałości są tu ludzie. Jest to zresztą ewidentne przy próbach zmiany pasu (a ulice są tu szersze niż w W-wie i ciągle znajduję się na niewłaściwym) - wpuszczają natychmiast i jeszcze się uśmiechają. Może tu czegoś dodają do wody w kranach?
Sobota upłynęła na zwiedzaniu miasta z Kit i Alexandrem. Szliśmy w pewnym momencie przez jakiś, stary, żelazny most, pięknie pomalowany na intensywnie-ciemnoczerwono, kiedy to moja jak zawsze bystra małżonka powiedziała: "Wiesz, czym się różni Warszawa od Wrocławia? W Warszawie ten post pomalowaliby na szaro". Nie mam nic do dodania :-)
2009.05.20. Wielu czytelników pyta mailowo, dlaczego nie ma mnie na Międzynarodowych Targach Książki. Faktycznie, pierwszy raz od 5 lat nie jestem tam wystawiany w charakterze eksponatu. Przyczyna prosta - po usunięciu tarczycy odkrywam właśnie, co to znaczy być kobietą w ciąży (huśtawki nastrojów, napady zmęczenia, nagła ochota na kapustę kiszoną, która niestety nie na długo się zaprzyjaźnia z moim żołądkiem, itd). Do tego przechodzę radioterapię, co też trochę wykańcza... Po prostu nie mam sił na Targi. Ale nadrobię za rok. OK?
2009.05.17. Dziś łyknąłem sobie na rozgrzewkę kapsułkę jodu radioaktywnego i świecę cichutko z kącika. Nawet przyjemnie. Tylko nie wolno mi się zbliżać do człowieków za bardzo. Ale tylko przez kilka dni. Daleko większą dawkę dostanę 15 czerwca.
2009.04.23. Już jestem w domu i czuję się dobrze, więc powoli zaczynam nadrabiać zaległości mailowe (a jest tego sporo). W przyszłym tygodniu idę do pracy. Szkoda, bo się błogo rozleniwiłem... No i mówić jeszcze za bardzo nie mogę. Szczególnie zadawać pytań. Struny głosowe nie chcą wykonać intonacji wznoszącej na końcu wypowiedzi. Zacząłem nawet myśleć nad napisaniem książki, w której będą same stwierdzenia.
Za to wyglądam jak Frankenstein. Na szczęście Igorrr (w postaci Dr Wiesława Wiechno, któremu niniejszym dziękuję za uratowanie mi życia) zrobił znakomitą robotę, artystycznie przyszywając moją głowę do tułowia. Za pół roku blizna nie będzie zbyt widoczna. Na razie jednak nie wolno jej opalać, co spowoduje konieczność noszenia zabójczych apaszek. Zawsze uwielbiałem apaszki, ale ich nie nosiłem, nie chcąc wyglądać jak podstarzały playboy. Tzn. wyglądam jak podstarzały playboy i tak, więc po co mi jeszcze kliszowata (od cliché) apaszka i złoty kolczyk w uchu. A tutaj taka radość - blizna zabójcze apaszki wymusza i uzasadnia. Hurra!
2009.04.18 Operacja ponoć poszła pozytywnie i miałem wyjść do 19go. Niestety, termin ten się ostatnio wydłużył, prawdopodobnie nawet do połowy przyszłego tygodnia. Przepraszam za rosnące w związku z tym opóźnienia w odpisywaniu na maile. Przy okazji uświadomiłem sobie, że ambitny plan zdążenia do księgarń z moim zbiorkiem opowiadań jeszcze w tym roku nie ma już większych szans na powodzenie. Ale to nie szkodzi, bo i tak nie mam energii na nic, a na pisanie opowiadań najmniej...
2009.04.10 Wszystkim czytelnikom i odwiedzaczom tej strony niniejszym życzę Wesołych Świąt! Ja zacząłem Święta zgodnie z przykazaniami pana chirurga, czyli goląc pierś szlachetną. Zdjęcie z tej ceremonii jest w "Galerii Współczesnej" pod zakładką "Za Kulisami". Niestety uwłosienie raz ogolone rośnie gęściej, więc nie pozostanie mi nic innego, jak zacząć nosić rozpięte do pępka koszule i złoty łańcuch.
2009.04.09 W Lany Poniedziałek idę do szpitala. Diagnoza: "Rak brodawkowy tarczycy". Brzmi groźnie, ale tak naprawdę nie należy się zbytnio przejmować, bo chociaż nowotwór jest złośliwy, to został bardzo wcześnie wykryty i taki typ raka ma ponoć najwyższą wyleczalność ze wszystkich. Po prostu trzeba ten narząd wyciąć, i dobrze mu tak, bo po co się zaraczał, bezczelny. A potem łykać pigułki do końca życia. Ale ja lubię pigułki. Szczególnie czerwone, żółte i niebieskie.
Niestety będę przez półtora tygodnia z bardzo ograniczonym dostępem do Internetu. Niemniej odpiszę na wszystkie maile, jak tylko będę już o kilkadziesiąt gramów lżejszy i z seksowną blizną od ucha do ucha. Mniejszej się nie da, bo pan doktor się rozochocił i postanowił przy okazji wyciąć parę węzłów chłonnych (coby to nie było). Ja go rozumiem. Jak już robić, to porządnie. Sam, jak mi się trafi jakiś pomysł, piszę od razu powieść, zamiast byle opowiadania czy wierszyka.
A właśnie - jakie świetne materiały powstaną do przyszłej książki! Świat szpitalny jest pełen jeszcze większych asurdów i anomalii niż świat Radia Yokohama. Już ostrzę zęby...
2009.03.11 Tura zakończyła się sukcesem - odwiedziło nas ok 650 osób, przejechaliśmy 1697km, mieliśmy 8 spotkań w 5 miastach, spędziliśmy z czytelnikami ponad 20 godzin i podpisaliśmy ponad 500 książek. Szczególnie tłumnie było w W-wie (200 osób) i Krakowie (240 - wypełniliśmy całą salę w Manggha!) No i Przedłużacze huczne... Niemniej jest to ostatnia taka tura, jaką zorganizowałem. Bo mimo znakomitej zabawy i fantastycznych wspomnień zostało też ogromne wyczerpanie. I lekkie rozgoryczenie tym, że zawsze udaje mi się w gorączce przygotowań kogoś obrazić albo zawieść - nie chcę więcej tego. Co nie znaczy, że nie będzie spotkań autorskich - będą, ale pojedyncze i już nie będę ich organizatorem, tylko gościem (jeżeli ktoś mi takowe zorganizuje :-).
Szczególną trudność sprawia mi organizacja podpisywania i Przedłużaczy. Po spotkaniu podpisuję książki tylko tym, którzy NIE przychodzą na Przedłużacz - w przeciwnym wypadku uczestnicy czekaliby w kolejce, nieraz godzinę, kiedy jest np. 70 osób, a wiele z nich ma po kilka książek. A w tym samym czasie ludzie na Przedłużaczu czekaliby półtorej godziny, aż dotrę... Niestety, zawsze ktoś się czuje źle, że odmawiam po spotkaniu podpisania wszystkim, albo ktoś dociera na Przedłużacz tylko po podpis i nie mogąc się mnie doczekać (kiedy ja podpisuję jeszcze po spotkaniu) wychodzi, rozczarowany... Potem mamy jeszcze tych, którzy są niezadowoleni z Przedłużacza, bo zła lokalizacja, za drogie piwo, za dużo ludzi albo za długo musieli czekać, aż się do nich przysiądę i nie mieli okazji ze mną pogadać. Wszystko to jest dla mnie dość przygnębiające. OK, wiem, że wszystkich się nie da zadowolić, ale ja się na takich imprezach czuję gospodarzem, a wyobraźcie sobie, co czuje gospodarz, kiedy mu goście wychodzą obrażeni z imprezy... Nie bardzo wiem, co z tym zrobić, szukam pomysłów na nową formułę dla Przedłużaczy. Jeśli ktoś ma jakiś pomysł - proszę o kontakt!
2009.02.18 Zespół Y2K występujący w książce "Radio Yokohama" został w końcu powołany do życia. Z niżej podpisanym na perkusji, oczywiście. Zagraliśmy tylko dwa mini-koncerty, na spotkaniach autorskich: Warszsawa, Empik (27 lutego) oraz Kraków, Manggha (7 marca). Ale za to w pełnym rynsztunku japońskich j-rockerów, z szalonymi makijażami (ja też) i z papugami na głowach :-) Już wkrótce (15 marca) w zakładce "Za Kulisami" pojawi się galeria zdjęć z tych imprez i innych spotkań autorskich w czasie marcowej tury Polski południowej.
2009.02.15 Powołanie do życia zespołu J-rockowego w tak krótkim czasie jest nie lada wyzwaniem - mamy tylko trzy próby, żeby opracować 2 - 3 numery (z preferencją X-Japan i Hide, bo to oni byli inspiracją dla książkowego zespołu Y2K). Ale... Damy Radę. Może nawet uda nam się zacząć i skończyć razem. OK, spadam do studia, wkuwać utwór "Drain". Żeby tylko Yoshiki nie używał tylu sampli... Cóż, jakoś to zaimprowizuję, robiąc tyle hałasu, żeby nikt się nie połapał, że od dawna nie grałem.
2009.01.15 Mój prywatny projekt nagrania "Bezsenności w Tokio" dla niewidomych został chwilowo wstrzymany przez sz. Wydawcę, który ostatnio rozpoczął przygodę z rynkiem audiobooków. Niestety, jeżeli sz Wydawca postanowi zrobić z "Bezsenności" komercyjny audiobook, to ja nie będę mógł konkurować produktem darmowym (a takie było założenie - całkowicie darmowy plik audio do swobodnego ściągnięcia dla każdego). Z drugiej strony plusem rozwiązania pt. audiobook byłaby jego dostępność na płytach CD w bibliotekach dla niewidomych, z których korzysta jednak sporo osób niewidomych, nie posiadających komputera albo dostępu do internetu, szczególnie w mniejszych miejscowościach.
Trochę szkoda. Moje domowe studio nagrań zostało już przygotowane do nagrania, mikrofony zawieszone, ścieżki uzbrojone... Zrobiłem nawet kilka wstępnych tejków. Największe trudności sprawiło mi czytanie dialogów. W "Bezenności" jest masa dialogów, i jeśli się nie WIDZI w tekście zmian narratora, to szybko przestaje się rozumieć, który z dwojga bohaterów do nas w danym momencie mówi. Zawodowi aktorzy nie mają z tym problemów - załatwiają sprawę odpowiednią modulacją głosów. Ale ja aktorem nie jestem (chociaż kiedyś zdawałem do PWST na ul. Miodowej - ale się nie dostałem. I już wiemy, dlaczego :-)
2008.11.14 Szóstka z Sawanny przestała istnieć, zanim nawet zdążyła zagrać przed publicznością. Rozpadła się w trochę niefortunnym momencie, bo liczyłem na zagranie na Wielkiej Orkiestrze Świątecznej Pomocy w styczniu. Cóż, taki jest los zespołów - rodzą się i rozpadają. Myślę, że chwilowo nie będę się śpieszył z szukaniem nowego składu, tylko poświęcę czas do lata 2009 na doskonalenie własnej gry, w czym pomaga mi znakomity perkusista i wybitny pedagog, Piotr Pniak.
2008.07.31 NOWA KSIĄŻKA "Radio Yokohama" skończona! Nie, nie jest to "Urojenie", chwilowo odłożone na półkę. Napisałem Zupełnie Inną Historię - łatwą, lekką i przyjemną (za to z potrójnym dnem). A raczej napisaliśMY, bo to KOLABORACJA z autorką mieszkającą na drugim końcu świata. Książka nietypowa bo cała dzieje się w jednym budynku, w Yokohama. Budynku co najmniej dziwnym... ale pewnie nie mniej niż zamieszkujący go ludzie. I nie tylko ludzie :-)
ZAPISKI W BIEGU z 2007 (i starsze):
Z mailami coraz gorzej - nie wszystkie przychodzą. Więc: jeśli do mnie napisałeś(-aś), a ja nie odpisałem, to znaczy, że NIE DOSTAŁEM TWOJEGO MAILA! Powodów ku temu może być wiele, z nadgorliwością filtrów antyspamowych na miejscu pierwszym. Co zrobić? NAPISAĆ PONOWNIE! Sprawdzić również, czy na pewno został wysłany na adres PRYWATNY: marcin(małpa)bruczkowski.com a nie np. na mój stary adres centertelowy (gdzie już nie pracuję)
Następna książka, pod roboczym tytułem "UROJENIE" (ukłony dla Kasi Krzywickiej, która go wymyśliła), jest na warsztacie, czyli na razie w postaci arkusza MS Excel z dużą liczbą zakładek. Będzie się pisała powoli ze względu na nową pracę (Honeywell), wymagającą ode mnie sporej liczby podróży po świecie. Powinienem jednak wyrobić się na późną jesień 2008. Taki jest plan - co 1,5 roku zapodawać moim czytelnikom trochę świeżego materiału. Oby tylko nowa posada umożliwiła utrzymanie dotychczasowego tempa wydawniczego.
Raport z pisania nowej książki: tekst jest właśnie w łamaniu. Na czym polega ta tajemnicza forma tortur tekstu nie wiem, ale rezultatem powinno być coś, co jedzie do drukarni, a potem magicznie staje się pachnącymi nowością książkami w wysłanych starymi gazetami paczkach z szarego papieru, rozpakowywanych w magazynach wydawcy. Rozrywanie takiej paczki stanowi unikalną i trudną do opisania przyjemność bycia Autorem :-)
Mamy też już roboczy tytuł. Po konsultacji blisko 100 czytelników i drugich tylu Krewnych-I-Znajomych-Królika sz. Wydawca wybrał: "Zagubieni w Tokio". Planowany termin pojawienia się w księgarniach - początek maja.
===
SKOŃCZYŁEM!!! W ciągu ośmiu miesięcy napisałem już 556257 znaków, czyli o jakieś 11% więcej, niż planowałem. Co nie znaczy, że po procesie REDAKCJI tekst się nieco nie skurczy. Jak wiadomo, dobra redakcja = redukcja. Mój szanowny Wydawca ujmuje to w ten sposób:
- Co to jest słup telegraficzny?
- Dobrze zredagowane drzewo.
:-)
===
PS. Książka pisała się wolniej, niż dwie poprzednie. Tak, "pisała się". Czasem odnosiłem wrażenie, że autor jest tutaj najmniej ważnym aktorem procesu twórczego. Bohaterowie jak zwykle żyją własnym życiem i codziennie serwują mi mikro-szoki w postaci najmniej oczekiwanych zachowań czy wypowiedzi. Najgorszy jest oczywiście znany z "Bezsenności w Tokio" Gajdzin. Tak, to jedna z centralnych postaci, chociaż tym razem nie jest już narratorem, a opisywana historia nie dotyczy go bezpośrednio i nie jest bezpośrednią kontynuacją żadnego z wątków opisywanych w pierwszej książce. Pojawi się nawet Sean... więcej nie powiem!
Trudność polega na płynnym i logicznym opowiedzeniu historii kilku osób, które znałem kiedyś w Japonii, w sposób wspierający wątek centralny - poszukiwań zaginionego Japończyka. A więc mamy powieść, produkt z założenia fikcyjny, ale mocno oparty na prawdziwych wydarzeniach, co wbrew pozorom mocno utrudnia swobodę autorską. Nie, to nie są wymówki poprzedzające spóźnienie. Nadal mam nadzieję wziąć gotową książkę do ręki na wiosnę, a konkretnie w maju.
===
|